Największa tajemnica mojej edukacji

Categories Życiowo
nie zdać z klasy do klasy

Wiemy, że seks i pieniądze to tabu. W moim życiu jest jednak inny temat, o którym każdy boi się wspominać. Z jednej strony nie ma czego rozpamiętywać, z drugiej czuję dreszcz na samą myśl, że miałabym o tym komuś powiedzieć. Wbrew pozorom okazje czasami się zdarzają, ale brakuje słów i chęci, żeby się przyznać. Nawet gdybym powiedziała o tym głośno, to rozmówca albo od razu by mnie zdyskredytował, albo chociaż się zdziwił.

Koniec świata

Jaki koniec, początek! Jestem w pierwszej liceum, dojeżdżam codziennie do miasta obok, chociaż w moim rodzinny zadupiu jest szkoła średnia. To jednak bez znaczenia, bo chodzą do niej same tłoki, przynajmniej wszyscy tak mówią. Nazywają ich patologią, trudną młodzieżą i typami spod ciemnej gwiazdy. Dlatego od razu było dla mnie i moich koleżanek oczywiste, że nie możemy iść do takiej szkoły, zresztą chciałyśmy się uczyć na poziomie, a w pobliskiej szkole podobno wszystko było poniżej poziomu.

Zaczynam więc nowe życie, w nowej, lepszej szkole, w mieście! Koleguję się z dziewczyną o słowiańskiej urodzie, która ma talent muzyczny i bardzo się stara. Spędzam też czas z dziewczyną w glanach, z uroczym uśmiechem i biedą wychodzą z każdego zakamarka jej rzeczy osobistych.

Siedzimy razem na matmie i za każdym razem idzie nam coraz gorzej. Zaległości z gimnazjum i podstawówki są boleśniejsze niż pisanie najdłuższego równania na tablicy. Trzeba zacząć się uczyć, siedzieć w domu i kuć zadania, póki gorące, ale to mnie przerasta.

Dobra, no to korepetycje, w sobotę, albo w piątek wieczorem. Sytuacja jest w końcu coraz gorsza, matematyczka wydziera się na całą klasę, podobno jesteśmy najgorsi. Czuję ssanie w żołądku, gdy mam iść na matmę. Wiem, że będzie krzyk, chodzenie po kolei do tablicy i modlenie się, żeby nie doszło do mojej ławki przed dzwonkiem.

Pani od matmy

Po pierwszym semestrze mam dwóję na koniec, większość ma upragnioną dwóję lub tróję, żadnej piątki. Matematyczka jednak nie odpuszcza, na następny semestr szykuje większy armagedon.

Warto jednak zaznaczyć kim jest nasza matematyczka. To nie jest zwykła pani, która przychodzi z podręcznikiem i robi zadania. Jest starszą kobietą, ma zasady, bardzo przestarzałe. Prawie nigdy się nie uśmiecha i słynie z udupiania ludzi. Gdy stawia jedynkę w dzienniku wygląda, jakby czerpała z tego satysfakcję. Podobno we wcześniejszych rocznikach zdarzały się osoby, które brały przed jej lekcjami środki uspokajające i błagały na kolanach o dwóję na koniec. Ja nie będę błagać, tak sobie postanowiłam. Na koniec roku złamię postanowienie.

Błagam więc o dwóję, robię dodatkowe zadania, poprawiam sprawdziany, ale jej wzrok mnie paraliżuje. Przecież na korepetycjach umiałam wszystko, w domu pamiętałam rozwiązania, teraz nie wiem nic. Zapada wyrok, poprawka w sierpniu. Mój świat się rozpada, czuję się jak nieudany człowiek, głąb i debil. Wszyscy są wściekli, wypominają mi każdą jedynkę. Mam ochotę skoczyć z mostu, wymyślić szybki sposób na śmierć, ale nie mam odwagi. Mama zapisuje mnie znowu na korepetycje, całe wakacje z matematyką, prawie codziennie.

Dzień sądu

Wydaje mi się, że umiem dużo, ale stres jest zbyt duży. Udaje wyluzowaną, jakby wcale mi nie zależało. W głowie jednak mam tylko jedną myśl. Rozpatruję różne scenariusze, co będzie, jeśli nie zdam? Nie ma takiej opcji, chyba aż tak głupia nie jestem.

Wchodzę do sali, w której jest dyrektor, zastępczyni dyrektora i matematyczka. Patrzą na mnie, jakbym popełniła największą zbrodnię na świecie, żadnych uśmiechów, ani życzenia powodzenia. Pierwsze zadanie, nie wiem. Wczoraj wiedziałam, ale teraz nie umiem sobie przypomnieć, tym bardziej że każą mi rozwiązywać na tablicy. Gapią się na mnie cały czas i starają się poganiać, poddaję się. Przy następnym jest lepiej, podejmuję próbę, nie podoba im się, zrobiliby to inaczej. Tracę nadzieję, później jest tylko gorzej. Zapada wyrok, postanowili, że zostaję w pierwszej klasie. Mój świat przestaje istnieć.

Najgorsza szkoła na świecie

Zapieram się, że nie chcę zostać w tej szkole, trzeba wybrać inną. Mama jedzie ze mną złożyć papiery, do drugiego liceum. Już nie przyjmują, jest koniec sierpnia. Znowu płacz, została tylko jedna szkoła, gdzie mogę pójść. Składam z mamą papiery do szkoły na naszym zadupiu. Przyjmują mnie bez problemu. Otuchy dodaje mi fakt, że koleżanka, z którą chodziłam do nieszczęsnej miejskiej szkoły, też nie zdała. Tam była akurat inna sytuacja, frekwencja i złe towarzystwo, nieważne. Nagle znowu pamiętamy o sobie i dzielimy niedolę, razem jest raźniej, ale wstyd nam, że będziemy chodziły do tej szkoły.

We wrześniu zaczynamy nowe życie, ale pamięć o poprzedniej szkole zostaje. Wśród przelotnych znajomych jeszcze próbujemy czasami udawać, że nic się nie stało. Po kilku tygodniach wie każdy. Tylko to bez znaczenia, chodzę podobno do patologicznego liceum, dla trudnej młodzieży, ale nie jest źle. Owszem, często zdarzają się sceny jak z serialu Skins, tylko w tej pozornie lepszej szkole też się zdarzały. Nie na taką skalę, ale jednak.

Szkoła na zadupiu może jest gorsza, ale różnorodna, przekrój osobowości i problemów jest niesamowity. Przez trzy lata obserwuję rzeczy, które nie są codziennością żadnej lepszej szkoły, ale to najlepsza nauka, jaka mnie spotkała. Mogę poznać świat patologii i wielkiej biedy, empatii i radości z małych rzeczy, zbliżyć się do tych problemów, dotknąć ich i uwrażliwić się na nie. Zmienić podejście do świata, do życia i nauczyć się do wielu osób szacunku, o którym łatwo zapomnieć w modnym liceum.

Dziewczynom nie wypada

Od tamtego czasu minęły lata. Już dawno straciłam nawet status nastolatki. Mimo wszystko od czasu do czasu to wspomnienie wraca. W rozmowach nadal słyszę jak dorośli ludzie, oceniają krytycznie tych, którzy nie zdali w liceum. Ciągłe wyszydzanie i podśmiechujki. Nawet nie zdają sobie sprawy, że siedzą obok jednej z takich osób, która podobno nie miała szans nic osiągnąć, o której maturę drżeli wszyscy najbliżsi, a poszła całkiem dobrze (z matmy też zdawałam!).

Tak samo nie raz słyszę, że chłopcy w tym wieku są głupi i od czasu do czasu pojawia się na horyzoncie jakiś kuzyn czy daleki znajomy, który ma podobną historię. Jednak kobiety się tym nie chwalą, edukacyjne porażki są w naszym świecie wielkim tabu. Mężczyzna, który nie zdał kiedyś z klasy do klasy, może trochę się wstydzi, ale też traktuje to jako przygodę z morałem, która nie rzutuje na postrzeganie jego osoby.

Za to u dziewczyn takie zdarzenia traktuje się jak zbrodnię. Czuję to zawsze, gdy rozmawiam z osobami wykształconymi o edukacji. Kiedyś na studiach siedziałam na korytarzu z koleżanką i rozmawiałyśmy o osobach, które decydują się studiować.

– wiesz u nas w szkole, to nie było takiej patologii, żeby jakaś dziewczyna nie zdała. A już na pewno takich dziewczyn nie ma na uniwersytetach.

Tylko się uśmiechnęłam, bo już wiedziałam, że takie doświadczenie to nie jest ani koniec świata, ani edukacji i każdy mógł być na moim miejscu. Nie miałam jednak odwagi powiedzieć, że takie dziewczyny bywają na uniwersytetach i to częściej, niż niektórym się wydaje.

Cześć, mam na imię Sylwia. Pokazuję, że feministki to fajne i szczęśliwe babeczki. Piszę o feminizmie, siostrzeństwie i dziewczyńskich sprawach! Prowadzę też kanał na YT o wszystkim co intymne.